Inktober 2017 – tydzień drugi

Drugi tydzień wyzwania Inktober 2017 za mną. Nie jest lekko, po drodze złapała mnie choroba, życia trochę nie ogarniam ostatnimi czasy – wiecie, problemy i pogoda nie sprzyjają. Co najdziwniejsze, nadal się nie poddałam i nadal walczę.

Dzisiaj zapraszam na szybciutki (późno się już zrobiło, a ja w wiecznym niedoczasie) przegląd prac z tego tygodnia.

Dzień siódmy to był dzień, kiedy choroba zaczynała mnie powoli rozkładać, stąd szybki szkic rumianka.

Dzień ósmy to prezent dla mojego lubego, czyli fanart z jednej z postaci z gry Metal Gear Solid V, Quiet.

Dzień dziewiąty to dzień urodzin mojej ukochanej mamy i w związku z tym postanowiłam namalować jej portret :)

Dziesiąty dzień to kolejny fanart – tym razem Adam Jensen z gry Deus Ex :)

Dzień jedenasty, czyli Leeloo z Piątego Elementu. Dla mnie Inktober to głównie rysowanie rzeczy/postaci z ulubionych gier/filmów/animacji – nigdy do tej pory tego nie robiłam (chyba, że w dzieciństwie), więc uznałam, że pierwszy Inktober, oprócz praktyki, poświęcę również na tego typu prace.

Dzień dwunasty to kolejny dzień, w którym użyłam różowego tuszu – muszę przyznać, że to chyba jedna z moich ulubionych prac, jakie w ciągu trwania wyzwania namalowałam. I tak, dziewczyna nie ma rzęs, bo nie umiem ich rysować i nie chciałam zaburzyć rysunku – stchórzyłam :D

Piątek trzynastego był dla mnie bardzo pechowy – przede wszystkim dlatego, że wlałam przez przypadek czarny tusz do buteleczki z tuszem różowym – śmierć pięknego różowego odcienia natychmiastowa. W ramach odstresowania narysowałam moją ulubioną postać od czasów dziecinnych – Usagi Tsukino z Sailor Moon.

Dzień czternasty i tusz, który kiedyś był różowy, teraz ma dziwny brzydko brązowy kolor. Uznałam, że może go jeszcze nie do końca skreślę i przetestuję na kolejnym wyzwaniowym malunku – nie wyszło źle, tak myślę.

Dzisiejszy dzień spędziłam z bólem głowy, chandrą i ogólnie złym samopoczuciem. Poddać się chciałam już dawno, ale uparłam się i wyzwanie dokończę, choćbym miała nie spać po nocach i rzucać kartkami ze szkicami, które mi nie wyszły. To nie jest już kwestia czasu, tylko kwestia chęci. Zaczęła mnie ta paleta czerni i bieli męczyć. Dlatego pojawił się róż. Nie chciałam używać innych długopisów czy markerów do wyzwania, ale chyba będę musiała, bo się zastrzelę :D Ogólnie wyzwanie to zaczyna mnie trochę przytłaczać – czuję się zmęczona. Choć motywacja jest, to zmiana dobrze mi wyjdzie. Czas spróbować czegoś innego. Może faktycznie markery to dobry pomysł?

No i Frida – moja ulubiona, cudowna, piękna.Odkąd zaczęłam przypominać sobie jak rysować chciałam jej portret stworzyć i w końcu się udało. Nie jest idealny, ale kiedy w końcu odpuściłam i przestałam myśleć, że wszystko musi być idealne, łatwiej mi się pracuje. Wyzwanie to wyzwanie, robię je dla siebie, nie dla publiki, czy jakichś nagród. I muszę o tym pamiętać, że to przede wszystkim zabawa.

Zabawa, która uczy. Mam nadzieję, że następny tydzień będzie bardziej przyjemny, bez choróbska i smuteczka czającego się za rogiem.